Kiedy ktoś mówi: „nie mam czasu”, bardzo rzadko ma na myśli to, że doba przestała mieć dwadzieścia cztery godziny.
Ma na myśli coś innego.
Nie mam czasu na spacer.
Nie mam czasu zadzwonić do matki.
Nie mam czasu przeczytać książki.
Nie mam czasu pojechać na dwa dni bez komputera.
Nie mam czasu spokojnie zjeść.
A potem ten sam człowiek potrafi spędzić czterdzieści minut, przesuwając palcem po ekranie i nie pamiętać jednego materiału, który obejrzał.
To nie jest dowód, że jest głupi albo pozbawiony silnej woli. Jest raczej sygnałem, że zdanie „nie mam czasu” opisuje nie tylko ilość czasu.
Opisuje sposób, w jaki czas jest przeżywany.
Badacze używają pojęcia time affluence — można je tłumaczyć jako dostatek czasu, zasobność czasową albo poczucie, że czasu jest wystarczająco i ma się pewną swobodę w decydowaniu o nim. Tim Kasser i Kennon Sheldon pokazali w kilku badaniach, że takie subiektywne poczucie czasowej swobody wiąże się z dobrostanem niezależnie od samej zamożności materialnej. Późniejsze prace rozwijały ten trop.
Zwróć uwagę na słowo „subiektywne”.
Dwie osoby mogą mieć po trzy godziny po pracy. Jedna czuje, że wieczór należy do niej. Druga, że ma trzy godziny na nadrobienie życia.
Zegar pokazuje to samo.
Człowiek nie.
To ważne, bo poradniki zarządzania czasem często zaczynają od jego księgowości. Policz, ile czasu tracisz. Zmierz. Zablokuj. Usuń. Zautomatyzuj. Wciśnij podobne zadania w jeden przedział. To ma sens, jeśli problemem jest chaos.
Tyle że człowiek może mieć świetnie uporządkowany dzień i nadal doświadczać biedy czasowej.
Może nawet zacząć ją produkować własnym porządkiem.
Wyobraź sobie sobotę.
Nie tę z awarią samochodu, wizytą u lekarza i przeprowadzką. Zwykłą sobotę.
Rano zakupy. Potem trening. Trzeba skosić. O czternastej obiad. O szesnastej wizyta u znajomych. Jeszcze dobrze byłoby przeczytać trzydzieści stron, bo książka od tygodnia leży. Wieczorem film. Ale wartościowy. Skoro już dwie godziny, to niech coś wniesie.
Całkiem przyjemny dzień.
Tylko dlaczego o 13.20, kiedy obiad jest o czternastej, trudno usiąść na dwadzieścia minut?
Bo za czterdzieści minut coś jest.
To wystarczy, żeby dwadzieścia minut przestało wyglądać jak czas. Zaczyna wyglądać jak szczelina.
Nie opłaca się zaczynać.
Nie warto wychodzić.
Nie da się „nic konkretnego” zrobić.
Więc człowiek bierze telefon.
I w ten sposób znika czas, który był za krótki na życie, ale wystarczająco długi na ekran.
Nie twierdzę, że telefon jest tu jedynym winowajcą. Jest raczej genialnym najemcą małych przestrzeni. Wprowadza się wszędzie tam, gdzie mamy trzy minuty, siedem minut, jedenaście minut i nie wiemy, co z nimi zrobić.
Dawniej takie odcinki częściej pozostawały puste.
Czekało się.
Jechało się autobusem.
Stało się przed gabinetem.
Patrzyło się przez okno pociągu.
Nie idealizuję przeszłości. Ludzie nie stawali się od tego automatycznie mądrzejsi. Nudzili się, palili papierosy, czytali byle co, gadali głupoty. Chodzi o coś prostszego: nie każda szczelina czasu była natychmiast wypełniona treścią.
Dzisiaj jest.
To zmienia nie tylko to, co robimy. Zmienia próg, przy którym zaczynamy uważać czas za „wolny”.
Pięć minut nie jest wolne.
Dziesięć też nie.
Pół godziny? Może, ale właściwie warto coś zrobić.
Godzina? O, to już można wykorzystać.
Właśnie.
Wykorzystać.
Język czasem zdradza nas szybciej niż badanie.
Mówimy: wykorzystać czas, oszczędzić czas, stracić czas, zainwestować czas, zmarnować czas. Czas staje się kapitałem. Zasobem. Surowcem. Czymś, co powinno pracować.
To nie jest wyłącznie metafora ekonomiczna. Ma praktyczny skutek. Jeżeli każda godzina jest zasobem, niewykorzystanie jej zaczyna wyglądać jak błąd.
A wtedy nawet wolność wymaga uzasadnienia.
„Nic nie robiłem” brzmi gorzej niż „odpoczywałem”.
„Odpoczywałem” brzmi jeszcze lepiej, kiedy dodamy „bo ostatnio dużo pracowałem”.
No i wszystko wraca na właściwe tory. Wolne zostaje zalegalizowane pracą.
Nie ma nic złego w odpoczynku po wysiłku. Problem pojawia się wtedy, gdy nie umiemy już powiedzieć: „siedziałem godzinę na tarasie, bo siedziałem”.
Bez drugiego dna.
Bez regeneracji układu nerwowego.
Bez poprawy kreatywności.
Bez korzyści dla HRV.
Siedziałem.
Koniec raportu.
Ashley Whillans i współpracownicy pokazali coś ciekawego: wydawanie pieniędzy na usługi oszczędzające czas wiązało się z większą satysfakcją z życia, a w eksperymencie uczestnicy deklarowali większe zadowolenie po wydaniu pieniędzy na oszczędność czasu niż na rzecz materialną.
To dobra wiadomość.
Można kupić kawałek wolności.
Ale badanie nie odpowiada na pytanie, które interesuje mnie tutaj najbardziej: co robimy z kupionym czasem?
Jeżeli zapłacę komuś za skoszenie trawy, a odzyskaną godzinę przeznaczę na odpisanie na zaległe maile, być może dokonałem bardzo rozsądnej wymiany. Jeśli tego potrzebuję — świetnie.
Tylko nie mówmy, że odzyskałem godzinę.
Zmieniłem jej zadanie.
To jest pierwsze rozróżnienie tej książki.
Czas odzyskany nie jest tym samym co czas wolny.
Czas odzyskany to taki, z którego zdjęto jedno zobowiązanie.
Czas wolny zaczyna się dopiero wtedy, kiedy nie nakładamy na niego automatycznie następnego.
I tu pojawia się problem.
Bo pustka jest niewygodna.
Zadanie natomiast daje ulgę.
Wiesz, co robić.
Masz początek i koniec.
Możesz odhaczyć.
W pewnym sensie zadanie porządkuje nie tylko kalendarz. Porządkuje człowieka.
Dlatego czasem łatwiej zrobić następną rzecz niż odpowiedzieć na pytanie: na co właściwie mam teraz ochotę?
To pytanie jest podejrzanie trudne dla ludzi, którzy dobrze nauczyli się odpowiadać na pytanie: co jeszcze trzeba zrobić?
Po co ci więcej czasu?
To pytanie wygląda jak prowokacja.
Każdy wie, po co chce więcej czasu.
Dla rodziny.
Dla siebie.
Na książki.
Na podróże.
Na zdrowie.
Na sen.
Na życie.
Dobrze.
A co zrobisz, kiedy go dostaniesz?
Nie pytam ironicznie. To jest jedno z najważniejszych pytań tej książki.
Wyobraź sobie, że od jutra ktoś oddaje ci codziennie dziewięćdziesiąt minut. Żadnych kosztów. Niczego nie musisz nadrabiać. Dzień nadal kończy się o tej samej porze, ale jedna rzecz, która wcześniej zabierała półtorej godziny, dzieje się sama.
Co robisz pierwszego dnia?
Prawdopodobnie wiesz.
Co robisz po miesiącu?
Tu robi się ciekawiej.
Bo człowiek bardzo szybko przestaje traktować zysk jako zysk. Nowa przestrzeń staje się nową normalnością.
Jeśli nie ma dla niej żadnej innej normy, wchodzi norma produktywności.
Można teraz wcześniej zacząć.
Zrobić dodatkowy projekt.
Wziąć klienta.
Poćwiczyć regularniej.
Nauczyć się języka.
Wszystkie te rzeczy mogą być świetne. Nie o czynność chodzi.
Chodzi o to, czy potrafisz odpowiedzieć: „część zostawię”.
To jest trudniejsze niż planowanie.
Planowanie nadaje czasowi treść. Zostawienie go wymaga tolerancji dla braku treści z góry.
Właśnie dlatego nie jestem pewien, czy naprawdę chcemy „więcej czasu”.
Często chcemy więcej przestrzeni na rzeczy, które już uważamy za ważne.
To uczciwe.
Ale wtedy problemem nie jest sam czas. Problemem jest hierarchia.
Jeżeli uwolnisz godzinę, a każda rzecz w twoim życiu ma już wyższą rangę niż bezczynność, bezczynność przegra za każdym razem.
Nie potrzebujesz więcej czasu.
Potrzebujesz także prawa, żeby część czasu nie musiała wygrać konkursu użyteczności.
To prawo nie przychodzi razem z automatyzacją.
Nie kupisz go wraz z szybszym komputerem.
Nie da ci go emerytura, jeśli przez czterdzieści lat nauczyłeś się mierzyć dzień rezultatem.
Nie da ci go nawet urlop, jeśli urlop musi się opłacić.
Może dlatego najważniejsza zmiana jest mało widowiskowa.
Nie „mam więcej czasu”.
Tylko: „nie cały czas musi być na coś”.
Ważne i pilne
Macierz Eisenhowera jest jednym z tych narzędzi, które wyglądają rozsądnie jeszcze zanim się je zastosuje.
Ważne i pilne.
Ważne, ale niepilne.
Pilne, ale nieważne.
Ani ważne, ani pilne.
Porządek.
Lubię porządek.
Problem zaczyna się później.
Bo trzeba jeszcze ustalić, co właściwie znaczy „ważne”.
Mail od prezesa jest pilny. Czy jest ważny?
Badanie kontrolne nie jest pilne. Do dnia, kiedy zaczyna być.
Rozmowa z kimś bliskim nie ma czerwonego wykrzyknika.
Spacer tym bardziej.
Siedzenie pół godziny bez celu nie przejdzie przez żadną komisję priorytetów. W najlepszym razie trafi do ćwiartki „nieważne i niepilne”. Czyli do usunięcia.
No i właśnie tu zaczyna się zabawa.
Narzędzie stworzone do ochrony ważnych spraw może usuwać z życia rzeczy, które nie potrafią udowodnić swojej ważności przed wykonaniem.
Nie wszystko, co ważne, ma zadanie.
Nie wszystko, co ważne, daje wynik.
Nie wszystko, co ważne, potrafi powiedzieć, dlaczego akurat dziś trzeba mu dać godzinę.
Przyjaźń rzadko wysyła zaproszenie na spotkanie z terminem ostatecznym.
Myśl też nie.
Ciało potrafi wysyłać sygnały, ale często przez długi czas nie są pilne. Są tylko trochę gorszym snem. Trochę większym napięciem. Trochę mniejszą chęcią. W systemie priorytetów wszystko to przegrywa z fakturą do wysłania do piętnastej.
Faktura oczywiście powinna zostać wysłana.
Nie mam nic przeciwko fakturom.
Chodzi o przewagę konstrukcyjną rzeczy pilnych.
Pilność ma dźwięk.
Ważność często siedzi cicho.
Telefon dzwoni. Komunikator świeci. Termin ma datę. Klient pyta. System pokazuje czerwony kolor.
Rzecz ważna może tylko czekać.
Dlatego można całe życie bardzo dobrze zarządzać priorytetami i po latach odkryć, że wygrywały rzeczy, które najlepiej umiały zgłaszać pilność.
Nie jest to wada macierzy. Jest to wada świata, w którym próbujemy nią objąć wszystko.
Kiedy pracowałem w sprzedaży, termin miał znaczenie. Koniec kwartału naprawdę istniał. Klient naprawdę czekał. Oferta naprawdę musiała wyjść.
Tyle że po latach można przyzwyczaić układ nerwowy do końca kwartału trwającego dwanaście miesięcy.
Wtedy każda rzecz dostaje status „na wczoraj”.
A człowiek zaczyna czuć satysfakcję głównie z gaszenia.
Pożar ma tę przewagę nad ogrodem, że wiadomo, co robić.
Ogród jest kłopotliwy. Nie krzyczy. Nie kończy się. Nie daje spektakularnego „załatwione”.
Może dlatego tak łatwo kochamy pilność.
Pilność zwalnia z pytania o sens.
Jeśli coś trzeba natychmiast, nie trzeba długo zastanawiać się, czy w ogóle warto.
I tu proponuję małe odwrócenie.
Nie kolejną macierz.
Jedno pytanie.
Co w moim życiu jest ważne właśnie dlatego, że nigdy nie staje się pilne?
Nie musisz odpowiadać od razu.
To akurat nie jest pilne.






